wtorek, 29 marca 2016

Epilog


Tego dnia pogoda należała do zbioru tych najładniejszych: słońce świeciło na czystym ciemnoniebieskim niebie, panował spory mróz, około dziesięciu stopni na minusie, i promienie odbijały się w śniegowych zaspach, tworząc mozaikę z całej gamy kolorów. Lekki wiatr szczypał w policzki i uszy, oczywiście jeśli zapomniało się o ciepłej czapce, która mi zakrywała dziś i czubek głowy, i nawet małe wkręty w uszach. Trzymałam paski dużego plecaka na ramionach i co chwila ściskałam je w dłoniach. Justin miał na ramieniu tylko jeden pasek, kończący się po przekątnych sportowej torby. Próbowałam się przekonać, czy podczas wędrówki spogląda na mnie spod byka, ale uświadomiłam sobie, że nie mogę się tego dowiedzieć, nie patrząc na niego, a na to z kolei nie mogę sobie pozwolić.

W końcu zatrzymaliśmy się na rozdrożach, za miastem, kawałek drogi od pamiętnego hotelu. Tylko co parę minut przejeżdżał tędy pojedynczy samochód, a dwa w niewielkiej odległości stanowiły prawdziwy wyjątek. Asfalt był suchy i popękany. Stanęliśmy na szutrowym poboczu i w końcu spojrzeliśmy sobie w oczy. To nie był łatwy orzech do zgryzienia.

-Więc czas się pożegnać, tak? - spytałam, chwytając go za skrzydła rozpiętej kurtki. Że też zawsze było mu ciepło. Nawet na takim mrozie.

-Na to wygląda - odrzekł spokojnie. - Twój kierunek: najbliższy dworzec, tak?

-Zgadza się. A stamtąd prosto do słonecznej Kalifornii. Może Los Angeles? Kto wie? - westchnęłam rozmarzona. Lgnęłam do tego nowego życia jak niegdyś do Justina. - A ty? Wprost na lotnisko, mam rację?

-Zgadza się - odrzekł. - Ale zanim to nastąpi, obiecałem ci prezent urodzinowy.

Justin postawił torbę na śniegu i rozpiął zamek błyskawiczny. Gmerał w niej chwilę, po czym z bocznej, wewnętrznej kieszeni wyjął płaskie pudełko z kokardą na wierzchu. 

-Opakowanie odrobinę się pogniotło, ale mam nadzieję, że środek został nienaruszony. 

Pełna ciekawości rozwiązałam wstążkę i powoli odsłoniłam wieczko pudełka. Zaniemówiłam, zarówno zbita z tropu jak i kompletnie rozbawiona niewątpliwie najlepszym prezentem, jaki kiedykolwiek dostałam: i z polotem, i z praktycznymi udogodnieniami. Justin podarował mi komplet koronkowej bielizny z Kubusiem Puchatkiem. Najbardziej przemyślane połączenie; lepsze nawet niż bułka z nutellą lub niż seks i brak gumek.

-To chyba najpiękniejsza rzecz, jaką w życiu widziałam, a tym bardziej jaką w życiu dostałam. Gdzie ci się udało odnaleźć takie cudo?

-Robiona na zamówienie - zaśmiał się. - Trochę pomogli mi ci pożal się Boże bracia. 

-Nie bądź na nich zły - poprosiłam. - To nie ich wina.

-Nie wracajmy do tego - zaśmiał się. - Mam dla ciebie coś jeszcze; coś odrobinę bardziej osobistego.

Następną rzeczą, jaką zrobił, było wyciągnięcie zza prawego skrzydła kurtki czarnego, wypchanego notesu. Chwilę jeszcze na niego spoglądał, później wręczył mi go i oznajmił:

-Każda strona jest każdym dniem spędzonym z tobą. Każda strona jest inna. Jeśli kiedyś za mną zatęsknisz, zajrzyj do niego i przypomnij sobie stare, dobre czasy.

Drżącymi dłońmi otworzyłam pierwszą stronę. Wklejone było moje zdjęcie, zanim w ogóle zaczęliśmy się spotykać. Opisane było również pierwsze wrażenie o mnie i choć nie przeczytałam go od razu, nie miałam wątpliwości, że nie zawierało w sobie zbyt wielu pozytywów. Zapisał w sumie ponad sto stron i zamierzałam przeczytać je jeszcze dziś, w pociągu, podczas wielogodzinnej drogi przez Amerykę, oczywiście z drobnymi lukami w podróży. Poczułam w oku kłującą łzę. Przykro było opuszczać kogoś, kto znaczył wszystko i kogoś, dla którego prawie wszystko się również znaczyło.

-Nie chcę, żebyś tak nagle zniknął - zapłakałam, rzucając mu się na szyję. Miałam bolesną świadomość, że to być może ostatni raz, gdy widzę go na oczy.

Przytulił mnie i powiedział:

-Gdy byłem w twoim wieku, miałem takie samo marzenie: spakować plecak i ruszyć przed siebie, tak po prostu, spontanicznie, bez planu czy choćby zarysu tego planu. 

-Więc dlaczego tego nie zrobiłeś?

-Bo zawsze byłem mniej lekkomyślny niż ty - zaśmiał się, głaszcząc mnie po plecach.

-Ale teraz nic nie trzyma cię już w miejscu. Jesteś przecież dorosły. Masz prawo wybrać drogę, którą naprawdę chcesz dalej iść, a nie tę, która wydaje się odpowiednia.

-Wiesz, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, Chloe - powiedział w nawiązaniu do naszego związku. Miałam takie samo zdanie jak on.

-Nie chcę, żebyśmy byli razem, Justin. Zwyczajnie chciałabym, żebyś był obok. Możemy być przyjaciółmi. 

-Sądziłem, że nie wierzysz w przyjaźń po związku.

-Ale dziś uwierzyłam. - Spojrzałam mu w oczy. - Możesz być sobie tym księdzem, czy kim tak bardzo chcesz być, możesz nawracać wszystkich grzeszników po drodze, ale spełnij swoje marzenie, Justin. Zrób to dla siebie, nie dla mnie. Choć raz zrób coś, czego naprawdę pragniesz. 

Justin spojrzał za siebie, na wspinającą się drogę, na kierunek, w który zamierzał ruszyć. A później na moją drogę i przyszłe trzy kilometry do dworca za Chicago. Chciałabym wiedzieć, co działo się wtedy w jego głowie. Bił się z myślami. A może wiedział już, tylko zwodził mnie aż do momentu kulminacyjnego, kiedy to miałam ochotę złapać go za fraki, potrząsnąć i siłą wydobyć z niego decyzję.

-A z czego będziemy żyć podczas tej podróży po Ameryce?

-Coś wymyślimy. Rodzice zostawili mi sporo na lokacie, w końcu całość miała iść na moje studia. Poza tym - zniżyłam głos do szeptu - sądzę, płatna miłość potrafi być ekscytująca.

-Czy ty właśnie poinformowałaś mnie, że masz zamiar zostać prostytutką? Chloe - zgromił mnie spojrzeniem.

-Nie od razu prostytutką - żachnęłam. - Po prostu mogłabym spróbować, gdybyśmy akurat znaleźli się pod kreską. Poza tym, pieniądze nie grają tu roli. Będziemy podróżować autostopem, spać pod gołym niebem...

-Zwłaszcza zimą - wtrącił sceptycznie.

-Zimy spędzimy na południu, a latem wybierzemy się na północ. Damy radę, bo pójdziemy za głosem serca, a nie rozsądku i niepotrzebnych pieniędzy.

Wtedy Justin zamyślił się, ale nie spuścił ze mnie wzroku. Dumał i dumał, a we mnie rosło ciśnienie. Wtedy zrozumiałam, że tak naprawdę nie chcę zostać sama, bo w tej samotnej podróży znalazłabym może gram frajdy, a reszta byłaby przykrym i w pewnym sensie dobrowolnym obowiązkiem.

-Wychodzi więc na to - oznajmił wkrótce - że wcale nie przyszła pora pożegnania, co?

-Czyli jedziesz ze mną? Jako przyjaciel i anioł stróż.

-Masz rację, Chloe. Czasem warto zrobić coś zgodnego z sercem, nie z sumieniem. 

Rzuciłam mu się na szyję, ale ani nie pocałowałam, ani nie trwaliśmy w uścisku długo, ponieważ nie rozstawaliśmy się na rozdrożach, a ruszaliśmy ramię w ramię tą samą drogą na oddalony o niemal godzinę drogi przez zaspy dworzec. Szliśmy poboczem, rozmawiając o planowanych przystankach, o poziomie wygody foteli w pociągu, o tłumie na dworcu i o tym wszystkim, o czym nie rozmawialibyśmy, będąc w związku. Spojrzałam na niego spod rzęs. Pomyślałam, że decyzja o zawiązaniu silnego węzła przyjaźni okazała się najlepszą w naszym wspólnym życiu, bo choć przeżyliśmy rozstanie, mamy teraz więcej wspólnego, niż mieliśmy dotychczas.

Przed pożegnaniem go, być może na wieki wieków, chciałam powiedzieć, że wszystko co dobre kończy się szybko, by potem mogło być już tylko lepiej. W związku z zaistniałymi okolicznościami wypadałoby przekształcić tę sentencję i rzec: koniec nie zawsze jest równoznaczny z definicją końca. Bo czasem z końcem rodzi się początek czegoś niewątpliwie większego.




~*~


A więc uroczyście mam na zakończenie do przekazania trzy treściwe informacje :)

1) Bardzo Wam wszystkim dziękuję za to, że pomimo burzliwego początku i od groma negatywnych opinii zostaliście do końca i w jakiś sposób przywiązaliście się do tej historii. Wszystko zawdzięczam Wam, a to już dziewiąta historia, którą kończę. Za chwilę poczuję się jak jakiś weteran fanfikowy czy cuś :)

2) Wiele z Was pytało mnie o nowe fan fiction. Otóż dzisiaj wykonałam szablon, zwiastun i napisałam już prolog i strasznie mnie korci, żeby już dziś zakładać nowego bloga i czekać na Wasze opinie, ale postaram się wstrzymać z tą pokusą, by powiedzieć Wam, że NOWE OPOWIADANIE ROZPOCZNĘ W KWIETNIU. Może za tydzień, może za dwa, może za trzy, ale jeśli nie będzie żadnego końca świata, albo nie umrę śmiercią tragiczną, startujemy z nowym opowiadaniem w kwietniu. Informacja pojawi się na każdym moim blogu i również na asku. Mam nadzieję, że większość z Was zajrzy i zagłębi się w kolejną historię :)

3) Chciałabym Was prosić, abyście zostawili na koniec ostatni krótki komentarz, żebym wiedziała, ilu z Was wytrwało z Chloe do końca :)

Na zakończenie jeszcze raz dziękuję i mam nadzieję, że taki rodzaj happy endu Was nie zawiódł :)